5

Od Wielkanocnego Zajączka dostałam piękny, fioletowy rower. Do dzisiaj nie miałam okazji na nim pojeździć. Święta spędziliśmy u rodziców, a zaraz potem miałam zjazd w szkole.

Dopiero dzisiaj pojechaliśmy odwiedzić (po raz pierwszy) „Cudowną Kapliczkę” w, wydawało nam się, pobliskim lesie. Chciałabym napisać, że było cudownie. Owszem, było cudownie przez pierwszą część wycieczki, do momentu dotarcia do Kapliczki. Kapliczka jest malutka, ale ma klimat. Znajomi już dawno mi o niej opowiadali. Znajduje się tam duża sosna, na której wisiał kiedyś krzyż. Na początku lat 80. znajdujący się w pobliżu torów kolejowych las spłonął. Nie spaliło się jedynie jedno nietypowe drzewo – z jego pnia wyrastają dwa dodatkowe. Wszystkie nowo posadzone drzewa są od niego dużo, dużo mniejsze.

Więc, owszem, było fajnie do tego momentu. Potem już nie było tak pięknie. Łącznie przejechaliśmy 23 km. Okazało się, że to dla mnie za dużo, jak na pierwszą wycieczkę od trzech lat (nie miałam roweru). Pod koniec jazdy nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Byłam tak zmęczona, że nie miałam siły trzymać kierownicy. Miałam też za cienkie ubranie i dostałam dreszczy. Ciekawe, czy jutro będę mogła się ruszać? Jednak wycieczkę oceniam na plus. Oprócz dużego wysiłku i odwiedzenia Kapliczki był tez dodatkowy bonus – 1360 spalonych kalorii!


Dojechaliśmy. Mąż szybciutko zrobił mi koktajl zblendowanych owoców (banan, mango, pomarańcza) z jogurtem.

Zrobiliśmy tez sobie zdrowy obiad – jajka ze szpinakiem w kokilkach.

Składniki:

  • 1 opakowanie mrożonego szpinaku
  • 3 – 4 ziemniaki
  • 7 pieczarek
  • 4 jajka
  • mleko
  • przyprawy (czosnek, sól, pieprz)

Ziemniaki podgotowujemy około 5 minut i kroimy plasterki. Pieczarki kroimy w plasterki i lekko dusimy. Szpinak również dusimy z odrobiną mleka, przyprawiamy czosnkiem i solą. Następnie w kokilkach układamy warstwami: ziemniaki, pieczarki, szpinak i w każdą kokilkę wbijamy po 2 jajka. Przyprawiamy. Zapiekamy około 20 – 25 minut w temperaturze 200 stopni. Pysznie i zdrowo.

A teraz idę wziąć Fervex i kładę się do łóżka.

Życzę udanego długiego weekendu!
Iwona


0

Poszłam w ślady innej blogerki SuperLinii – Eli Stryjek (pozdrawiam) i też wzięłam udział w programie w naszej lokalnej telewizji. Audycja dotyczyła zdrowego stylu życia. Razem ze mną występowała pani Iwona Cieślik – instruktorka fitness.

Link – “Rozmowy niecodzienne” TVL.

Moim skromnym zdaniem kamera dodaje kilka kilogramów, ale ogólnie jestem zadowolona  z występu mimo, że stanowczo za dużo ruszam rękami i co chwilę powtarzam słowo „tak” :0)

Dzisiaj jest pierwszy dzień Wielkanocy. Strrrasznie się objadłam. Hitem na naszym rodzinnym stole jest pieczony prosiaczek z kaszą oraz „łabędzie” z jajek i mozzarelli. Mamy też mnóstwo ciasta: orzechowiec, sernik, mazurek, owocowe z galaretką, mefisto i pijak. Nie wspomnę o tradycyjnych potrawach i pieczonych mięsach. Nie żałuję sobie niczego. Natomiast od wtorku wracam do zdrowego jedzenia i nie sadzę, abym przez te dwa dni cokolwiek przytyła. Dodam, że rodzinna atmosfera to naprawdę coś wspaniałego i cieszę się, że mogę w te dni być z ludźmi, których kocham.

Tradycyjne łabądki robione przez Tatę.

Z całego serca życzę Wszystkim zdrowych, pogodnych, rodzinnych Świąt Wielkanocnych i wielu łask bożych. Ściskam.

Iwona


4

Świat jest pełen przeróżnych przekąsek: owoców (świeżych i suszonych), batoników, wafelków, cukiereczków, czekoladek, jogurtów, serków, mlecznych kanapek, ciasteczek (słodkich i słonych), orzechów, pestek, żelków… i wiele innych, o których istnieniu nawet nie wiem.

Moimi ulubionymi przekąskami, po które często sięgam, są różne zbożowe i musli – batoniki. Moim faworytem w tym zakresie są batoniki „Smako” dostępne tylko w Biedronce. „Smako” można dostać w kilku smakach: macchiato, truskawkowe, malinowe, ale moje ulubione to te z czekoladą. Są niedrogie. Opakowanie 6 sztuk kosztuje 3,89 zł. Każdy batonik ma 106 kcal. A mi smakuje niemal jak Snickers. Poza tym rozpakowując Smako można zobaczyć jego zawartość. Nie jest to jakaś szara pulpa, zalana czekoladą. Widoczne są ziarenka, płatki owsiane i inne składniki. Lubię także batoniki Corny Linea, także z czekoladą. Są niemal dwa razy droższe od Smako, natomiast jeden batonik ma niemal połowę mniej kalorii – 65. Innymi batonikami, które mogę polecić są te z firmy Nestle. Ich również jest kilka rodzajów: z suszonymi owocami, z czarną i mleczną czekoladą. Szczególnie polecam z czekoladą i suszonymi pomarańczami – 89 kcal.

Jednak według mnie prawdziwym królem przekąsek (po który jednak sięgam bardzo rzadko i na specjalne okazje) jest MaxiKing. Jest schłodzony, ma czekoladę, orzechy, mleko i… karmel. Pycha! Kcal? – Około 170/szt.

Nie myślcie Kochani, że całymi dniami objadam się takim przekąskami. Dziennie zjadam najwyżej jeden batonik, i to nie zawsze. Bardzo często jem jabłka, suszone brzoskwinie, suszone ananasy, śliwki, kilka orzechów. Lubię też wymieszać sobie trochę serka wiejskiego z kawałkami ananasa czy brzoskwini z puszki. Jeśli chodzi o jogurty, to preferuje naturalne. Czasami zjadam małą galaretkę DrOetkera (już przygotowaną) dostępną w sklepie w kilku smakach. Jedno opakowanie to około 75 kcal.

Zdarza się również, że mój kochany mąż przygotowuje mi do pracy jakąś sałatkę.

Pozdrawiam znad batonika :0)

Iwona

P.S.

A jakie Wy lubicie przekąski?


6

Na tym cudnym świecie są osoby, które bezkarnie jedzą wszystko, na co mają ochotę  i w dowolnych ilościach, nie przybierając przy tym na wadze ani grama.
Przedstawiam moją dobrą koleżankę Dorotkę.

Zdjęcie niepozowane, wykonane ukradkiem komórką:-)

Dorotka bardzo lubi słodycze: wszelkie czekoladki, wafelki itp. Jednym z jej rarytasów jest ptasie mleczko, które podjada nawet w nocy. Potrafi zabrać sobie do łóżka kilka czekoladek  i je „mlaskać” usypiając słodko. Dorotka lubi też wszelkie produkty z serii Kinder: Kinder Bueno, Kinder Delice i inne, ale najbardziej zaskoczyło mnie zjedzenie przez nią całego dużego słoika Nutelli w ciągu jednego dnia. Osobiście to widziałam na oczy, więc to nie jest żadna ściema. Koleżanka zjada przy tym wszystkie pozostałe posiłki: śniadania, obiady   i kolacje i nie waży nawet … 50 kilo. Dorotka! Ściskam Cię serdecznie!

A oto druga koleżanka – Ania. Stale dokarmia koleżanki i kolegów w pracy przekąskami nie tylko w postaci ryżowych wafli, ale też czekoladowych cukierków, ciastek, czekoladek i tym podobnych. Mimo zmiłowania do słodyczy ma wzorcową figurę…I co? Istnieje sprawiedliwość na tej Ziemi? :0)
Pozdrawiam wszystkich, a zwłaszcza tych, którzy nie mają tak fajnie jak Dorotka i Ania!!


1

Nadszedł „tłusty czwartek”, pączkowe szaleństwo, które u mnie zaczęło się niemal od samego rana. W pracy zamówiono cały duży karton świeżych, wypieczonych, polukrowanych pączków z marmoladą. Z wielką przyjemnością i bez skrupułów zjadłam dwa. Trzeciego, z cukrem pudrem, kupiłam sobie sama. Idąc do drugiej pracy kupiłam w cukierni jeszcze cztery pączki: dwa z budyniem i dwa z marmoladą. Tym razem ja pochłonęłam jednego  z budyniem, a mąż – trzy pozostałe. Wieczorem spotkałam się z koleżanką Anią i…. przy kawce zjadłam ostatniego (piątego!) pączka. Koleżanki w pracy sprawdziły ilość kalorii  zawartych w przeciętnym pączku – taka pychota liczy sobie ich 200. Więc generalnie pochłonęłam dzisiaj 1000 dodatkowych kalorii. Cóż… bywa. W tym wielkim obżarstwie miałam jednak malutkiego sprzymierzeńca – morwę białą.Jest to suplement diety w postaci tabletek lub herbatki. Ja miałam tabletki kupione dzień wcześniej w aptece. Dzięki działaniu morwy białej część cukru z potrawy pozostaje niestrawiona i jest wydalana z organizmu, co pomaga także utrzymać prawidłowy poziom cukru we krwi. Dodatkowo preparat zmniejsza chwilowe łaknienie na słodycze (chociaż dzisiaj tego nie zauważyłam ☺). Morwę należy przyjmować na pół godziny przed posiłkiem, tudzież – przed słodyczami.

Opakowanie 30 tabletek kosztuje około 12 zł. Na co dzień jednak nie zażywam morwy. Robię to tylko wówczas, gdy jem dużo słodkiego, a to często się nie zdarza.

ŚCISKAM WSZYSTKICH PĄCZKOŻERCÓW !


7

Niedawno przeczytałam w styczniowych „Charakterach” ciekawy wywiad z panem Juliusem Kuchlem (profesor psychologii) na temat składania sobie obietnic i postanowień.
Otóż, w wielkim skrócie, uważa on, że ludzie niewłaściwie nastawiają się do wprowadzania zmian w swoim życiu. Mówią sobie: „muszę… powinienem…” itp. Powoduje to u człowieka napięcie emocjonalne i (paradoksalnie) obniża się motywacja do osiągnięcia tego wymarzonego celu. Robi się tak zwłaszcza wtedy, gdy dużo brakuje nam do upragnionego  stanu. Trudno podejmować działania, gdy cel jest tak odległy. Można się szybko zniechęcić.

Co zatem robić?
Pan profesor radzi w ogóle nie składać sobie postanowień, a w zamian wyrażać życzenia: „chciałabym zacząć…” czy „byłoby miło, gdyby…” Wg profesora życzenia nie obniżają tak bardzo nastroju i dzięki temu doświadczamy pozytywnych emocji. Co, idąc dalej tą drogą,  zwiększa naszą motywację do zmian. Ważne jednak jest to, aby nie pozostać w sferze marzeń i zacząć je realizować.
A więc „byłoby miło, gdybym zgubiła 5 kilo” ;0)
Co o tym sądzicie?

Pozdrawiam

P.S. Mąż właśnie robi koktajl z owoców: pomarańczy, bananów, mango, ananasa i … truskawek. Mniam…


0

Miałam w domu sporo warzyw, które już trochę leżały i trzeba było je zjeść: pomidory, brokuł, bakłażan, cebula. Z wczorajszego obiadu zostały mi dwie pieczone piersi z kurczaka (we środy zgodnie z zaleceniem dietetyka jemy pieczonego kurczaka). Postanowiliśmy z mężem przygotować na dzisiejszy obiad sałatkę. Rafał kupił w markecie popularnej sieci dyskontów świeże liście szpinaku i małą sałatę rzymską.. Co do bakłażana to, jak zwykle, pokroiłam go w plastry, posmarowałam oliwą z oliwek, posoliłam i upiekłam w piekarniku (często też przyprawiam go czosnkiem granulowanym). Potem pokroiłam w paseczki. Brokuła obgotowałam i podzieliłam na różyczki. Pozostałe składniki również pokroiłam (nawet sałatę rzymską). Większe liście szpinaku porozdzierałam. Wszystko wymieszałam i dodałam dwa sosy do sałatek oraz kilka pokrojonych, marynowanych pieczarek. Dodaliśmy też octu winnego, który lubimy. Bardzo nam smakowało. Zjedliśmy całą michę.

Jak stwierdził mój mąż,  to znak obecnych czasów, że śródziemnomorskie warzywa możemy kupić cały rok i to w sklepie nastawionym na sprzedaż ograniczonego asortymentu produktów. Skoro, więc można tu kupić bakłażana, świeży szpinak, czy sałatę rzymską to świadczyć to musi, że coraz więcej Polaków odchodzi od diety opartej na ziemniakach, schabowym i ubogiej ofercie warzyw. Polecił mi ciekawy artykuł o tym, jak zmieniły się nawyki żywieniowe rodaków w ciągu ostatniego półwiecza: Trzy razy więcej piwa, dwa razy mniej ziemniaków. Zobacz, co Polacy mają na talerzu

A na kolację: dwa krążki ananasa z puszki i serek wiejski (200 g). Mało skomplikowane, ale tez dobrze smakuje.

:0)


2

Ostatnie kilka dni spędziłam z mężem u moich rodziców. Cieszę się, bo dawno nie byłam u nich tyle czasu (prawie 6 dni).  Rodzice bardzo nas ugościli. Mama zrobiła dla mnie karpia w galarecie, a bratowa mięsno – warzywną zapiekankę. Również tato codziennie robił coś pysznego: paszteciki, ciasteczka i deserki z galaretką. My ze swojej strony przygotowaliśmy pizzę i (innego dnia) sushi. Ostatniego dnia naszego pobytu razem z mamą i babcią lepiłyśmy pierogi ruskie.

Dzisiaj podam przepis mojego taty na lekki (i bardzo, bardzo prosty) deser galaretkowy, który bardzo lubię. Przepadam za wszystkim, co zawiera żelatynę.

Składniki (na 10 – 12 porcji):

  • 500 g homogenizowanego serka waniliowego (może być z kawałkami czekolady),
  • 4 galaretki: trzy o tym samym smaku i jedna inna,
  • 20 g żelatyny spożywczej.

Żelatynę i 1 galaretkę wymieszać z 150 – 200 ml gorącej wody. Po ostudzeniu wymieszać  z serkiem homogenizowanym. Pozostawić do stężenia. Trzy pozostałe galaretki przygotować wg przepisu na opakowaniu (można dać odrobinę mniej wody).

Po stężeniu serka nakładać go po 1-2 łyżki do salaterek (my robimy w szklankach do drinków)  i zalewać chłodną galaretką. Wstawić do lodówki. Przed jedzeniem można dodać bitą śmietanę, bakalie, owoce, (mój brat dodaje też dżem), ale ja tego nie robię. Jedząc taki deser, nie trzeba mieć wyrzutów sumienia. :0)

Żelatyna wzmacnia stawy, więc deser „służy” naszemu zdrowiu.

Smacznego!

P.S.  Pozdrawiam Tatę!


0

Wróciłam z Warszawy, ze zjazdu. Ale mimo zmęczenia podróżą chcę coś napisać.

W stolicy miałam trening intrapsychiczny. Niektórzy z Was mogą nie wiedzieć, co to jest.     W bardzo dużym skrócie, to takie zajęcia, na których przyglądamy się własnym sprawom, trudnościom, czymś, co nas niepokoi itp. Czasami dotyczą one przeszłości, a czasami teraźniejszości. Trening trwał 4 dni. Po raz kolejny zrodziło mi się wiele uczuć i refleksji. Jedną z nich chcę się z Wami podzielić:

To mój dziesiąty rok pracy. Przez 5 lat pracowałam z Poradni dla Rodzin. Spotkałam na swojej (nieco krótkiej) zawodowej drodze rodziny z różnymi problemami: alkoholizmu, narkomanii, przemocy, porzucenia dziecka, rozwodu i innymi kryzysami. Obecnie też bardzo często mam do czynienia z rodzinami…

Ja, Mama, Babcie i przyjaciółka Babci Jadzi.

W rodzinie różnie bywa. Są lepsze i gorsze czasy. Są kryzysy. Ktoś jest alkoholikiem, ktoś inny poważnie choruje, ktoś przeżył porażkę, a ktoś inny sukces. Są wypadki i pogrzeby, są wesela i narodziny. Są poważne rozmowy i chwile wspólnego relaksu. Czasami są zerwane kontakty i powroty. Jest płacz i złość, jest spokój i miłość, jest gniew i wybaczenie, jest bezsilność i wiele innych uczuć…

Nigdy nie jest tak, że jesteśmy zadowoleni ze swoich rodzin, lub poszczególnych bliskich osób, w 100 procentach. Z siebie samych tez nie zawsze jesteśmy zadowoleni. Miewamy do kogoś (lub do siebie) żal, pretensje. Dlatego dajmy sobie i innym prawo do błędów. Bez błędów nie ma poprawy, bez kryzysów – lepszej jakości. Mimo niedoskonałości warto kochać swoich bliskich. Pewnie, że mamy co im wytknąć, wskazać błędy (kto ich nie robi?), ale mamy też za co im dziękować (choćby za życie), okazywać wdzięczność.

Każda rodzina pisze swoją bajkę, swoją historię, czasem bywa ona bardzo dramatyczna… Ale każdy z nas jest współautorem takiej bajki i bądźmy z tego dumni. Nikt nie może być z niej wykluczony. Nikt. Każdy jest częścią większej całości i nawet, jeśli przebywa poza rodziną, to i tak pisze swój wątek.

Pozdrawiam…

P.S. A dieta? Przez te 4 dni jej nie było. Zwłaszcza, że mój serdeczny kolega – Sebastian codziennie rano przynosił do śniadanka pączki z adwokatem. Ale są ważniejsze sprawy niż trochę zbędnych kalorii…


2

W sobotę wybieraliśmy się z mężem na Studniówkę. Nie, nie…. Żadne z nas nie zdaje matury. Pracuję w szkole ponadgimnazjalnej i uczniowie zaprosili nas na tę tradycyjną imprezę.

Problemy ze skórą pod oczami mam chyba od zawsze. Odkąd pamiętam inwestuję w nią dużo pieniędzy. Stale próbuję czegoś nowego. Mam w domu i kremy i żele pod oczy, różne specyfiki (niektóre nawet jeszcze nie używane). Niedawno kupiłam sobie nawet takie serum z wibrującym aplikatorem, aby je lepiej wklepywał. Jeszcze nie ustaliłam poziomu skuteczności tego specyfiku. Ale w ostatnią sobotę spróbowałam czegoś zupełnie nowego – żelowej maski na oczy. Trzyma się ją w lodówce przez minimum 20 minut i nakłada na oczy też na około 20 minut. Najlepiej w niej leżeć, bo nic w niej nie widać. Łagodnie chłodzi okolice oczu i zmniejsza obrzęk, poprawia krążenie. Jestem zadowolona, bo wcześniej trzymałam w lodówce lub w zamrażarce (przez krótszy czas) dwie małe łyżeczki do herbaty, które kładłam sobie na oczy. A ta maska to nowa jakość. Nakładam. Zapinam z tyłu głowy na rzep i voila!

Jeśli chodzi o inne specyfiki, które polecam pod oczy, to na pewno są to rollony firmy Garnier: żel i korektor z kofeiną oraz serum firmy Dermika w jednorazowych saszetkach. Rollony dają efekt rozbudzenia i orzeźwienia. Korektor ładnie maskuje niedoskonałości.  A serum z Dermiki bardzo relaksuje skórę wokół oczu. Efekt jest natychmiast odczuwalny. Przyjaciółka poleciła mi krem pod oczy firmy TOŁPA (w aptekach), ale nie wiem, kiedy go kupię. Powinnam najpierw zużyć to, co mam w domu  ;0)

A na Studniówce fajnie się bawiliśmy.

Pozdrawiam.

Iwona