0

Jako dziecko byłam bardzo chuda. Rodzice głowili się, jak mnie zachęcić do jedzenia. Jedną z metod (wiem, że niepedagogiczną ☺) było miksowanie zupy i wlewanie jej do kieliszka, aby wypić„zdrówko”. Pamiętam sytuacje, kiedy wpakowałam sobie do talerza żywego kurczaczka mojej babci, aby nie zjeść zupy. Ślęczałam nad jedzeniem, aż zupełnie wystygło. Kanapki chowałam do szuflad w swoim pokoju itp. Chudą dziewczyną byłam do ukończenia liceum – przy 158 cm wzrostu ważyłam 48 kg.

Na studiach dużo się zmieniło. Mniej regularnie jadłam, częściej jadałyśmy z koleżankami wieczorami i nocami. Częściej również jadałam pizzę, spaghetti i zaczęłam tyć. Na początku piątego roku studiów ważyłam około 70 kg. I wtedy pierwszy raz zaczęłam się odchudzać. W ciągu pół roku zrzuciłam około 20 kg i wróciłam prawie do poprzedniej sylwetki. Bardzo się z tego cieszyłam. Znowu mogłam kupować ubrania w małych rozmiarach. Miałam dobrą kondycję fizyczną. Dobrze się czułam. I właśnie wtedy dosięgła mnie strzała Amora… Mój, wówczas przyszły, mąż bardzo lubił kuchnię włoską. Trochę dlatego, że miał włoskiego ojczyma i jego mama od jakiegoś czasu tak gotowała. Rafał szybko i z sukcesem opanował tajniki tej kuchni. Pamiętam, jak przygotował dla mnie po raz pierwszy pizzę. To była tak pyszna pizza, że zakochałam się w nim od pierwszego kęsa. Uczucie między nami pięknie się rozwijało, a wraz za nim rozwijały się nasze komórki tłuszczowe. Bardzo często gotowaliśmy sobie makarony, pizze (dziwne, że zapomnieliśmy o istnieniu np. sałatki śródziemnomorskiej czy owoców morza) i po kilku latach moja waga wskazywał już nieco ponad 80 kg!  Przeżyłam szok (nie wiadomo czemu, przecież sama na to zapracowałam). Jak już pisałam w pierwszych postach, miałam też kiepskie wyniki: podwyższony cukier i cholesterol. Wtedy postanowiłam, że to musi się zmienić. Resztę już znacie, pojechałam do dietetyka do Poznania, przeszłam na dietę i zwiększyłam aktywność fizyczną  itd…

Teraz staram się pilnować z tym, co jem. Pisząc tego posta jem sobie dietetyczny deser           z mleka, żelatyny, serka homogenizowanego, słodzika w płynie i przyprawy do deserów. Tę smakowitość przygotowała moja bratowa – Kasia. Przepis jest oparty na diecie Dukana. Kasia i mój brat jakiś czas temu byli na Dukanie. Bardzo ładnie schudli i robili to mądrze. To znaczy: do diety pili rozcieńczony proszek zasadowy. Wiadomo, że dieta Dukana jest kwaśna i zakwasza organizm, a zwłaszcza stawy i nerki. Proszek zasadowy neutralizuje tę kwasowość  i w związku z tym organizm się nie zakwasza.

Muszę kończyć, bo Kasia woła mnie na warzywną zapiekankę.

A oto i ona – zapiekanka Kasi.

Pozdrawiam wszystkich chudych, puszystych i tych „ pomiędzy” !


Zostaw komentarz