No i mamy wakacje w pełni. Długo się nie odzywałam, bo wyjechałam z mężem. W tym roku wybraliśmy się na dwa tygodnie do Maroka. Już na samym początku mieliśmy dylemat, czy w biurze podróży wykupić opcję HB (dwa posiłki dziennie) czy all inclusive (trzy posiłki dziennie, napoje i przekąski bez ograniczeń). Nie mogliśmy się zdecydować, bo wcześniej zdążyliśmy się przyzwyczaić do dobrodziejstw all inclusive. Ale od pewnego czasu oboje staramy się jeść zdrowo. Ostatecznie wybraliśmy pierwszą opcję: śniadania i obiadokolacje. Miałam trochę obaw, że po 8 godzinach niejedzenia będziemy rzucać się na wszystko z apetytem i że trochę stracimy umiar w jedzeniu. Ale wszystko po kolei…

Mieszkaliśmy w Agadirze, 700–tysięcznej miejscowości nad Oceanem Atlantyckim. Europejczyków jest tam stosunkowo niewiele. Natomiast przyjeżdża tam na wakacje mnóstwo marokańskich rodzin. Marokańscy turyści są zamożni i to widać po ich zachowaniu, sposobie bycia. Natomiast mieszkańcy Agadiru, osoby przyjeżdżające tu do pracy są raczej ubogie i za wszystko oczekują zapłaty (nawet za wskazanie drogi). Wiele osób próbowało nas zaprowadzić na targ – souk (gdzie z reguły pracują ich krewni) lub zapraszało do taksówek. Jak to w kraju muzułmańskim kobiety są a tam ubrane od stóp do głów, mają zakryte włosy a czasami twarze. Natomiast ich ubiory są kolorowe: róże, zielenie, błękity i inne. Poza tym Marokanki ubierają się naprawdę gustownie. To znaczy dopasowują sobie na przykład chustkę do torebki czy do spódnicy. Dbają o odpowiednią kolorystykę. Niektóre fantazyjnie zawijają chusty na głowach. Zauważyłam też, że większość z nich ma zrobiony łady makijaż, wyregulowane brwi, zadbane paznokcie i… wytatuowane pięty. Z przyjemnością też patrzyłam jak marokańskie pary chodzą trzymając się za ręce. Jak okazują sobie czułość. Często zaraz po śniadaniu szliśmy na plażę. Można tam było poobserwować ćwiczących karateków, chłopców grających w piłkę i ludzi uprawiających jogging.
Teraz parę słów o jedzonku… Do wyjazdu przygotowaliśmy się starannie. Zabrałam ze sobą trochę zdrowych przekąsek (musli, batoniki musli, chleb ryżowy). Poza tym w aptece kupiłam sobie tabletki z morwy białej (produkt naturalny – ogranicza wchłanianie cukru).
Kuchnia marokańska bardzo przypadła nam do gustu. Na śniadanie z reguły jedliśmy pitę, naleśniki z dodatkami oraz sałatkę owocową. Na kolację były różne pyszności. Mi najbardziej smakowały kalmary (zwłaszcza grillowane), duszone i pieczone mięsa (wszystkie!!) oraz zapiekane warzywa. Świetne jest mięso z orzechami nerkowca. Ziemniaki ograniczyłam do minimum, ale kilka razy spróbowałam ziemniaków pieczonych z oliwkami oraz pure z wymieszanych ziemniaków i marchewki. Poza tym marokańskie desery totalnie mnie oczarowały. Polecam szczególnie mus czekoladowy, owoce w żelatynie, ciasto zamoczone w likierze oraz tartę z jabłkami. Coś niesamowitego.

Raz byliśmy w McDonaldsie (tu przynajmniej z góry wiadomo ile się zapłaci rachunku) na zestawie McArabia, ale poza egzotyczną nazwą smak był wynikiem korporacyjnej unifikacji. Dwa-trzy razy w tygodniu jedliśmy lody. Pojechaliśmy między innymi do Marrakeszu. Miasto ma niesamowity klimat (także kulinarny), zwłaszcza wieczorem, kiedy na głównym placu Jemaa El Fna (جامع الفنا) zbierają się tysiące ludzi. Wówczas miejsce to zamienia się w jedną wielką restaurację. Trudno aż zliczyć, ile jest tam stoisk z przeróżnym jedzeniem: mięsami, rybami, owocami morza, warzywami. Przy każdym stoisku jest kilka podłużnych stołów i ław do siedzenia. Zapachy potraw mieszają się w powietrzu. Zewsząd słychać rozmowy w różnych językach. Zjedliśmy z Rafałem kolację. Mąż zamówił sobie szaszłyki z baraniny, a ja smażone kalmary. Do każdej potrawy dostaliśmy po dużym pszennym placku, miseczkę oliwek, miseczkę pomidorów z cebulką oraz ostry paprykowy sos – harissę. Pycha! Pycha! Pycha! Wszystko popiliśmy świeżym sokiem wyciskanym z pomarańczy. I cały posiłek dla dwóch osób kosztował niecałe 9 euro! Kochani! Jeżeli pojedziecie do tego miasta, zostańcie tam do późnego wieczora! Pozwólcie sobie na tę przygodę.

Teraz kilka słów o tym, co robiliśmy, aby nie przytyć. Każdego dnia robiliśmy sobie długi spacer. Rafał włączał w telefonie GPS-a i sprawdzał, ile przeszliśmy kilometrów oraz ile spaliliśmy kalorii. Nie było to łatwe, bo co rusz ktoś chciał nas podwozić (o nie, tylko nie znowu na souk) lub koniecznie zagadać by sprzedać wycieczkę lub cokolwiek. Po kolacji dodatkowo wychodziliśmy, choć na malutki spacerek. Poza tym oczywiście dużo pływaliśmy i … coś jeszcze ;0).
W ostatnim dniu pobytu poszliśmy do hipermarketu się zważyć i jakież było nasze zdziwienie i radość zarazem, bo nic nie przytyliśmy. Mamy na to wydruki z wagi :0)
Refleksja mojego Rafała dotycząca jedzenia: kuchnia marokańska w dużym stopniu opiera się na śródziemnomorskiej i tu nie tylko ma na myśli pomidory, oliwki i oliwę z oliwek, owoce morza, ryby ale także to, że potrawy są odrobinkę twarde, co u nas potraktowano by jako niedogotowane. NIE SĄ ROZGOTOWANE, co u nas często się zdarza i dlatego są zdrowsze.
Pozdrawiam wszystkich.
(Nadal) Odchudzona Iwona
P.S. W sierpniu nie pójdzie mi już tak łatwo. Jadę do babci, a Ona lubi dobrze nakarmić.