1

Witajcie !

Siedzę sobie dzisiaj na Radzie Pedagogicznej, słucham wypowiedzi różnych osób, a tu koleżanka obok pokazuje mi w swoim kalendarzu wpis, że dzisiaj jest Dzień Bloga. Druga koleżanka złożyła mi z tej okazji życzenia. Kurczę, tak jakoś miło mi się zrobiło. Kochane blogerki:
DZISIAJ MAMY ŚWIĘTO!
W tym dniu pragnę złożyć Wam najserdeczniejsze życzenia: spełnienia marzeń, kochających mężczyzn, zdrówka, zgrabnych pup i wszystkiego naj, naj, naj….
Często zaglądam na Wasze blogi. Każda z Was jest niepowtarzalna i chcę przy tej okazji napisać, za co Was Dziewczyny podziwiam:0)   :
Agnieszkę Czerwińską – za odwagę i przecieranie szlaków
Elę Stryjek – za umiejętność pisania
Biankę Tejs – za optymizm, pogodę ducha
Jenny – za zdobycie Korony Świata (jestem Twoim kibicem)
Anię i Likę  –  za “powera”  (Przodowniczki pracy blogerskiej).

Wspólnie odwalamy kawał dobrej roboty.
Pozdrawiam

Iwona (koleżanka po fachu)

P.S. Blogerzy z całego świata łączcie się. Dziś jest Wasz dzień. :0)


0

W piątek zaprosiliśmy na obiad koleżankę z Wuppertalu. W tym dniu nie jadamy mięsa, a że dodatkowo unikamy smażenia, mąż postanowił przygotować sushi. Właściwie to nie jest dla nas żadna nowość. Rafał już kilka razy robił takie danie. Uwielbiamy sushi i jak tylko mamy okazję to idziemy do odpowiedniego baru lub restauracji. Najbardziej lubimy futomaki.

Na sushi kupiliśmy w dużym dyskoncie o niemieckiej nazwie następujące składniki:

♣ ryż biały,
♣ nori – „prasowane algi” (mnóstwo witaminy C),
♣ łosoś,
♣ paluszki krabowe w zalewie,
♣ awokado,
♣ ogórek zielony,
♣ anchois.

Czasami dajemy też natkę pietruszki i białą rybę, ale tej ostatniej nie znalazłam w żadnym sklepie, a z pietruszki zrezygnowaliśmy.

Nasze sushi to tak naprawdę imitacja, nie kupujemy świeżego tuńczyka po 200$ /kg, ryżu nie zakrapiamy octem ryżowym, nie używamy japońskiego ryżu ani marynowanego imbiru. Nasze składniki są o wiele łatwiejsze do znalezienia. Podobno długoziarnisty ryż do sushi się nie nadaje, jednak my po prostu rozgotowujemy zwykły ryż z worka. Wszystko to sprawia, że nasze sushi jest tanie, co nie znaczy, że gorsze od tego pochodzącego z polskich restauracji. Pozostałe składniki kroimy w cienkie paski. Każde nori przecinamy na dwa prostokąty. Na prostokącie rozkładamy uformowaną w wilgotnej ręce warstwę ryżu. Powinien się ładnie przykleić. Po środku wyciśniętego palcami rowka w ryżu kładziemy paseczki: kraba, łososia, lub anchovis, a do tego awocado i ogórka. Następnie zawijamy nori w ten sposób, aby ryż był dookoła pozostałych składników. Nori skleja się pod wpływem wody, więc końcówkę na całej długości należy zmoczyć palcami umaczanymi w wodzie. Następnie taki rulonik kroimy na kilka kawałków i układamy na talerzu. Sushi zazwyczaj jemy z sosem sojowym lub ze specjalnym sosem do tego dania imitujący sos teriyaki. Generalnie pewna popularna wietnamska firma, co ma w nazwie dwa razy kluczowe dla taoizmu słowo robi niezłe i niedrogie sosy. Do tego, jeśli ktoś ma ochotę na bardziej wyraźny smak, to można doprawić sobie odrobiną wasabi (z kupnem też nie ma problemu, ale trzeba uważać z tym dynamitem!). Przygotowanie nie jest trudne, tylko trzeba mieć na nie trochę czasu (ale też nie aż tak wiele), ale wierzcie mi – WATRO! Koleżance obiad bardzo smakował.

Sushi jest bardzo zdrowe i bardzo syte. Po kilku kawałkach człowiek czuje się najedzony. Nam często zostaje kilka kawałków, które wstawiamy do lodówki. Potem smakują równie wspaniale. Zachęcam Was do przygotowania tej pysznej potrawy. Jak ktoś nie lubi ryb lub owoców morza, niech doda uduszoną pierś z kurczaka i ananasa. Można eksperymentować do woli. Smacznego.

Iwona (znów na małej diecie, ale ogólnie zadowolona) ;-)


1

Witajcie!!!

Bianka ma rację. Bardzo trudno jest przyznać się do porażki. Chociaż może z tego wyniknąć coś dobrego.

Tak jak wcześniej pisałam, u babci nie jest łatwo utrzymać wagę i nie przytyć.  I …  poległam na tym polu. Pokonały mnie kluski lane na wodę ze skwarkami, pierogi ruskie, placki ziemniaczane oraz cowieczorna rodzinna impreza przy małej ilości ruchu (jeden raz  chodziłam po górach). Moja babcia Jadzia bardzo dba o to, aby każdy w rodzinie był najedzony, a najlepiej aby jadł cały czas :)   Rzadko możemy do niej pojechać, gdyż mieszka dość daleko (ok. 230 km od naszego miasta), więc gdy już u niej jesteśmy, to pozwalamy się rozpieszczać. Dodam, że babcia świetne gotuje i nikt w rodzinie nie jest w stanie „podrobić” jej potraw.

Pozdrawiam babcię Jadzię, ciocię Tereskę i kuzynkę Alę!

Skoro przecisnęłam się na Szczelińcu, to może nie jest tak źle?

Od babci pojechałam do mamy, której długo nie widziałam i … wcale nie było lepiej. Mama też zrobiła pierogi, a tato pyszne desery. I tez dużo ich zjadłam.

Ale teraz jestem już w domu i wprowadzam program naprawczy!

Od dzisiaj nie jem słodyczy. Ograniczam ziemniaki, pieczywo i arbuza (którego uwielbiam), a mięsa jem tylko pieczone, duszone i gotowane. Stawiam na warzywa, owoce, jogurty i wodę mineralną z cytryną. Ostatni posiłek jem o 19.00. Ciszę się, że mój mąż Rafał też się zdrowo odżywia. Mam ważnego sprzymierzeńca.

Biorę też przykład z innej blogerki – Jenny . Od dzisiaj robię brzuszki i jeżdżę na rowerze.

Pozdrawiam Jenny i Biankę !

Trzymajcie kciuki!

Pozdrawiam

Iwona (za mało odchudzona) :(

P.S. Idę dzisiaj na pocztę. Zamówiłam sukienkę z katalogu wysyłkowego. Ciekawe, czy będzie dobra?


6

Ten post będzie króciutki.
Niedawno odkryłam w piekarni nowy rodzaj pieczywa – czarny chleb (nie mylić z ciemnym). Pytałam sprzedawczynię i dowiedziałam się, że jest pieczony z dodatkiem słonecznika, na zakwasie i bez drożdży i oczywiście jest jeszcze zdrowszy od ciemnego. Dodam, że jest bardzo miękki i naprawdę pyszny. Kupuję go na kromki. Nie jest tani. Kilogram kosztuje około 10 zł. Ale myślę, że warto.

A poza tym doszła mi nowa forma aktywności, co wydaje się korzystne, gdyż mam przerwę w aerobiku. Jakiś czas temu mój mąż dostał w spadku psa i teraz musimy się nim zaopiekować. Niemal codziennie robimy sobie dłuższy spacerek. Piesek ma na mię “As” , jak superbohater z kultowej “Hydrozagadki” :-)

Pozdrawiam serdecznie.
Udanych wakacji. Bawcie się, szalejcie i odpoczywajcie.

Iwona (właśnie po kolacji – najedzona)

P.S. Jutro jadę do babci. A za chwilę wychodzę z koleżankami na dyskotekę.


2

No i mamy wakacje w pełni. Długo się nie odzywałam, bo wyjechałam z mężem. W tym roku wybraliśmy się na dwa tygodnie do Maroka. Już na samym początku mieliśmy dylemat, czy w biurze podróży wykupić opcję HB (dwa posiłki dziennie) czy all inclusive (trzy posiłki dziennie, napoje i przekąski bez ograniczeń). Nie mogliśmy się zdecydować, bo wcześniej zdążyliśmy się przyzwyczaić do dobrodziejstw all inclusive. Ale od pewnego czasu oboje staramy się jeść zdrowo. Ostatecznie wybraliśmy pierwszą opcję: śniadania i obiadokolacje. Miałam trochę obaw, że po 8 godzinach niejedzenia będziemy rzucać się na wszystko z apetytem i że trochę stracimy umiar w jedzeniu. Ale wszystko po kolei…

Agadir
Mieszkaliśmy w Agadirze,  700–tysięcznej miejscowości nad Oceanem Atlantyckim. Europejczyków jest tam stosunkowo niewiele. Natomiast przyjeżdża tam na wakacje mnóstwo marokańskich rodzin. Marokańscy turyści są zamożni i to widać po ich zachowaniu, sposobie bycia. Natomiast mieszkańcy Agadiru, osoby przyjeżdżające tu do pracy są raczej ubogie i za wszystko oczekują zapłaty (nawet za wskazanie drogi). Wiele osób próbowało nas zaprowadzić na targ – souk (gdzie z reguły pracują ich krewni) lub zapraszało do taksówek. Jak to w kraju muzułmańskim kobiety są a tam ubrane od stóp do głów, mają zakryte włosy a czasami twarze. Natomiast ich ubiory są kolorowe: róże, zielenie, błękity i inne. Poza tym Marokanki ubierają się naprawdę gustownie. To znaczy dopasowują sobie na przykład chustkę do torebki czy do spódnicy. Dbają o odpowiednią kolorystykę. Niektóre fantazyjnie zawijają chusty na głowach. Zauważyłam też, że większość z nich ma zrobiony łady makijaż, wyregulowane brwi, zadbane paznokcie i… wytatuowane pięty. Z przyjemnością też patrzyłam jak marokańskie pary chodzą trzymając się za ręce. Jak okazują sobie czułość. Często zaraz po śniadaniu szliśmy na plażę. Można tam było poobserwować ćwiczących karateków, chłopców grających w piłkę i ludzi uprawiających jogging.
Teraz parę słów o jedzonku… Do wyjazdu przygotowaliśmy się starannie. Zabrałam ze sobą trochę zdrowych przekąsek (musli, batoniki musli, chleb ryżowy). Poza tym w aptece kupiłam sobie tabletki z morwy białej (produkt naturalny – ogranicza wchłanianie cukru).
Kuchnia marokańska bardzo przypadła nam do gustu. Na śniadanie z reguły jedliśmy pitę, naleśniki z dodatkami oraz sałatkę owocową. Na kolację były różne pyszności. Mi najbardziej smakowały kalmary (zwłaszcza grillowane), duszone i pieczone mięsa (wszystkie!!) oraz zapiekane warzywa. Świetne jest mięso z orzechami nerkowca. Ziemniaki ograniczyłam do minimum, ale kilka razy spróbowałam ziemniaków pieczonych z oliwkami oraz pure z wymieszanych ziemniaków i marchewki. Poza tym marokańskie desery totalnie mnie oczarowały. Polecam szczególnie mus czekoladowy, owoce w żelatynie, ciasto zamoczone w likierze oraz tartę z jabłkami. Coś niesamowitego.
Wyciskany sok
Raz byliśmy w McDonaldsie (tu przynajmniej z góry wiadomo ile się zapłaci rachunku) na zestawie McArabia, ale poza egzotyczną nazwą smak był wynikiem korporacyjnej unifikacji. Dwa-trzy razy w tygodniu jedliśmy lody.  Pojechaliśmy między innymi do Marrakeszu. Miasto ma niesamowity klimat (także kulinarny), zwłaszcza wieczorem, kiedy na głównym placu Jemaa El Fna (جامع الفنا) zbierają się tysiące ludzi. Wówczas miejsce to zamienia się w jedną wielką restaurację. Trudno aż zliczyć, ile jest tam stoisk z przeróżnym jedzeniem: mięsami, rybami, owocami morza, warzywami. Przy każdym stoisku jest kilka podłużnych stołów i ław do siedzenia. Zapachy potraw mieszają się w powietrzu. Zewsząd słychać rozmowy w różnych językach. Zjedliśmy z Rafałem kolację. Mąż zamówił sobie szaszłyki z baraniny, a ja smażone kalmary. Do każdej potrawy dostaliśmy po dużym pszennym placku, miseczkę oliwek, miseczkę pomidorów z cebulką oraz ostry paprykowy sos – harissę. Pycha! Pycha! Pycha! Wszystko popiliśmy świeżym sokiem wyciskanym z pomarańczy. I cały posiłek dla dwóch osób kosztował niecałe 9 euro! Kochani! Jeżeli pojedziecie do tego miasta, zostańcie tam do późnego wieczora! Pozwólcie sobie na tę przygodę.
Szaszłyk
Teraz kilka słów o tym, co robiliśmy, aby nie przytyć. Każdego dnia robiliśmy sobie długi spacer. Rafał włączał w telefonie GPS-a i sprawdzał, ile przeszliśmy kilometrów oraz ile spaliliśmy kalorii. Nie było to łatwe, bo co rusz ktoś chciał nas podwozić (o nie, tylko nie znowu na souk) lub koniecznie zagadać by sprzedać wycieczkę lub cokolwiek. Po kolacji dodatkowo wychodziliśmy, choć na malutki spacerek. Poza tym oczywiście dużo pływaliśmy i … coś jeszcze ;0).
W ostatnim dniu pobytu poszliśmy do hipermarketu się zważyć i jakież było nasze zdziwienie i radość zarazem, bo nic nie przytyliśmy. Mamy na to wydruki z wagi :0)
Refleksja mojego Rafała dotycząca jedzenia: kuchnia marokańska w dużym stopniu opiera się na śródziemnomorskiej i tu nie tylko ma na myśli pomidory, oliwki i oliwę z oliwek, owoce morza, ryby ale także to, że potrawy są odrobinkę twarde, co u nas potraktowano by jako niedogotowane. NIE SĄ ROZGOTOWANE, co u nas często się zdarza i dlatego są zdrowsze.

Pozdrawiam wszystkich.
(Nadal) Odchudzona Iwona

P.S. W sierpniu nie pójdzie mi już tak łatwo. Jadę do babci, a Ona lubi dobrze nakarmić.


1

Dzisiaj nie będzie ani słowa o zdrowym jedzeniu. Pomyślicie może, że zwariowałam albo od dawna mam ADHD.

Mój brat Misiek zrobił mi niespodziankę. Zapisał mnie i męża na paintball. Uradowałam się niesamowicie na samą myśl, że pobawię się w militarne sprawy i sobie postrzelam. Zawsze chciałam tego spróbować… :0)

Z braćmi

Fotka z braćmi

Cała impreza odbyła się we wsi Kłopotów pod Lubinem (woj. dolnośląskie). Gdy dojechaliśmy na miejsce było już około 25 osób, w tym 10 małżeństw. Jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że jestem jedyną dziewczyną, która chce grać. Na dodatek mój mąż i dwaj bracia byli w przeciwnej drużynie. Pozostałe panie się opalały i grillowały. Pogoda była wspaniała. Słonko świeciło i trochę mi było gorąco w mundurze, ale służba – nie drużba.

Zabawa była fantastyczna. Myślałam, że spiszę się gorzej, a było całkiem nieźle. Oczywiście w każdej rozgrywce ktoś mnie „zastrzelił”, ale i ja nie była dłużna i „poplamiłam farbą” kilku panów. Już wiem, że powinnam się więcej czołgać. Generalnie jestem z siebie zadowolona.  Wystrzelałam 300 kulek. Nie zdawałam sobie natomiast sprawy, że oberwanie taką kulką z farbą dość mocno boli. Mam nawet wrażenie, że bardziej czuje się te siniaki dzień lub dwa po walce. Przykładowe obrażenia ciała zamieszczam na fotce.

Iwona

Mimo to, zapisaliśmy się już na sierpień. Polecam. Paintball to ciekawy sport.

Menu dnia: grillowana kiełbasa, kaszanka, boczek, piwo.

Nagroda: lód Magnum Gold. Pycha.

Czołem !!!

Odchudzona, posiniaczona Iwona


0

Zakończyły się zajęcia z aerobiku w pobliżu mojego domu. Kolejne będą dopiero po wakacjach. Postanowiłam za namową kilku koleżanek spróbować czegoś nowego. Poszłam na AeroDance.

Jak sama nazwa wskazuje jest to połączenie tańca z aerobikiem. Muszę się pochwalić, że z moją kondycją fizyczną jest całkiem nieźle. Wiadomo, że się zmęczyłam, ale nie „zasapałam”. Gorzej było z moim poczuciem rytmu     i wykonywaniem figur tanecznych proponowanych przez panią prowadzącą – Iwonę Cieślik, którą serdecznie pozdrawiam.

Ćwiczenia trwały około 70 minut, w ciągu których uczyłyśmy się układu choreograficznego. Oczywiście, prawie wszystko robiłam nie tak. Z mojego „występu” wyszedłby niezły film komediowy. :0). Inne uczestniczki mnie pocieszały. Wiadomo, nie ma się co dziwić, na zajęciach byłam pierwszy raz. One przychodzą tu co najmniej od września. Postanowiłam, więc po prostu dobrze się bawić i nie przejmować. Podejrzewam, że gdybym pochodziła na AeroDance co najmniej rok, nauczyłabym się tańczyć. A bardzo, bardzo lubię tańczyć.

Podziwiam pasję i energię pani prowadzącej i pozdrawiam wszystkie pozostałe panie z sali gimnastycznej. Chylę czoła!!!


4

Sama nie mogę się nadziwić. Przedwczoraj kupiliśmy mu pierwsze o 3 rozmiary mniejsze spodnie i mniejsza koszulkę. Efekt tego „zabiegu” mnie powalił. Rafał wygląda świetnie. Widziałam, że już dużo kilo zrzucił, ale dopiero w tych ubraniach zobaczyłam jaki jest szczuplaczek. Zostało mu już tylko z 10 kilo do schudnięcia. Och! Mężczyźni mają z odchudzaniem dużo, dużo łatwiej. Chudną dwa razy szybciej i o skórę nie muszą się martwic…

Ciszę się, że nie tyjemy z jeszcze jednego powodu. Teraz normalnie mamy maraton dobrego jedzenia. Ciągle mamy w pracach różne uroczystości i imprezy. Jedzenia jest mnóstwo i siłą rzeczy jemy więcej niż zazwyczaj (choć oczywiście nieco się pilnujemy w tym zakresie). Dodatkowo w ostatnią sobotę mieliśmy wesele u kuzyna. Jedzenie było przepyszne i bardzo dużo. Za trzy tygodnie mamy następne wesele i za 5 tygodni też mamy wesele. Zobaczymy tez, co będzie z wakacjami. To nie jest dobry czas na odchudzanie się. Zazwyczaj jedziemy za granicę i chcemy tam wszystkiego spróbować. Chciał przyznam, że w zeszłym roku nie było z tym większego problemu. Byliśmy w Tunezji. Mieliśmy 3 posiłki dziennie. Dodatkowo lubmy piwko. Starałam się jeść zdrowo, ale chciałam tez wszystkiego choć po trochę spróbować. Jakież było moje zdziwienie, kiedy po powrocie okazało się, że przybyło m tylko 0,5 kilograma. Zdaje się, że mój dietetyk miał rację. Wystarczy jednorazowo jeść 0,5 litra jedzenie ( i dopiero po chwili sobie dołożyć potrawy) i wtedy można zjadać wszystko, a żołądek się nie rozciągnie.

Czytaj dalej »


0

NIEDZIELA W OBIEKTYWIE

Dzisiejszy dzień bardzo szybko mi upłynął. Przez nasze miasto – Żary- przechodził dzisiaj korowód, w którym prezentowały się niemal wszystkie instytucje, szkoły, przedszkola, organizacje społeczne i niektóre firmy. Uroczystość odbyła się z okazji 750 lat lokacji miasta. Razem z mężem mieliśmy bojowe zadanie – sfotografować wszystko, co się da. W tym poście zamieszczam tylko 2 zdjęcia z korowodu, ale łącznie „cyknęłam” ich ponad 350. Rafał zrobił jeszcze więcej. Wszystkie placówki świetnie się spisały.

Czytaj dalej »


0

sobota, rano

KILKA SŁÓW W OBRONIE OSÓB BĘDĄCYCH NA DIETACH

Witam!!
Zdarza się, że ludzie krytycznie patrzą na osoby stosujące dietę. Uważają, że kobiety odchudzające się „katują się, nie mają radości życia, nie potrafią się cieszyć każdym dniem”, tylko stale myślą jak tu zrzucić jeszcze kilka deko. Otóż pragnę obalić ten mit.

1.To nie prawda, że zmiana sposobu odżywiania, zdrowe jedzenie powoduje, że człowiek cierpi. Owszem czasami mamy ochotę na coś, czego akurat w tym momencie nie powinniśmy jeść, ale żeby zaraz to nazywać cierpieniem? Zmiana sposobu odżywiania wiąże się z wyrzeczeniami, ale życie człowieka bardzo często jest z nimi związane. Gdy ktoś zbiera na lepszy samochód (albo go spłaca), tez sobie czegoś odmawia, ale czy cierpi? Wątpię.

2.Po drugie uważam, że cierpienie pojawia się raczej wcześniej, gdy osoba z dużą nadwagą ma trudności z zaakceptowaniem swojego wyglądu, zwłaszcza gdy bliscy i inni ludzie z otoczenia zwracają na tuszę dużą uwagę. Znam kobiety i mężczyzn, którym krewni, znajomi mówią, że są za grubi, że powinni schudnąć. Oczywiście robią to w tzw. „dobrej wierze”, bo się o nich martwią, ale efekt jest często odwrotny.

Czytaj dalej »